|
Żołnierz nie jest ani z żelaza, ani z betonu – przekonuje gen. bryg. dr n. med. Andrzej Wiśniewski, szef Inspektoratu Wojskowej Służby Zdrowia
Panie generale, czy możemy mówić o bezpieczeństwie pracy na polu walki? Wszak żołnierze wykonujący tam obowiązki pracują… Trudno nazwać to typową pracą, jest bardzo specyficzna, niełatwo więc mówić o klasycznym bhp na polu walki.
Żołnierze objęci są systemem opieki, ochrony zdrowia, który musi spełniać pewne kryteria, normy. Użycie środków i sił uzależnione jest od konkretnego działania – może to być działanie zaczepne, obronne, mogą być to działania małych grup, działania manewrowe – w stosunku do tych uwarunkowań użyte są odpowiednie środki ochrony. Inaczej funkcjonujemy w warunkach pokoju, inaczej w warunkach działań zbrojnych. Teraz, w czasie pokoju, wykorzystywana jest tylko część struktur, które są niezbędne do utrzymania pewnych funkcji w czasie wojny; musimy być przygotowani na każdą okoliczność – to tak, jak z ćwiczeniami wojskowymi – nie ma zagrożenia, ale ćwiczyć żołnierze muszą, by być w gotowości. Stąd ciągłe funkcjonowanie szpitali wojskowych, przychodni, które działają w czasie pokoju.
Tak, ale mamy np. żołnierzy stacjonujących w Afganistanie. Musimy pamiętać, że sytuacja jest w tym przypadku wyjątkowa, mamy bowiem do czynienia z zabezpieczeniem misji pokojowej, ze specjalnie przygotowanymi sztabami specjalistów – zespołami lekarzy, pielęgniarek, sanitariuszy, ale również z kierowcami, którzy pracują dla zespołów sanitarnych. Także oni muszą być specjalnie przeszkoleni. Lekarze i zespoły medyczne przygotowywani są do pracy w konkretnej misji. Wtedy musimy wziąć pod uwagę jej specyfikę – m.in. warunki klimatyczne, topograficzne i wiele innych. Wymaga to specjalistycznego przygotowania, np. dokonania oceny stanu zdrowia osób wyjeżdżających. Proszę zwrócić uwagę, że nie wszędzie możemy wysłać np. starszych lekarzy. Choć są znakomitymi specjalistami, to jednak mogą nie poradzić sobie z własnymi ograniczeniami podczas czterdziestostopniowych upałów. Ale bardzo wysokie lub bardzo niskie temperatury powietrza to nie jedyne zagrożenia. Polacy nie są na przykład przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej, która dla „tubylców” jest czymś naturalnym. Stąd zakrojona na szeroką skalę profilaktyka – m.in. szczepienia i specjalne, dodatkowe wyposażenie medyczne w postaci indywidualnych pakietów.
Co wchodzi w skład takich pakietów? Bardzo różnie – od środków czysto medycznych, takich jak antybiotyki, środki dezynfekcyjne po maści przeciw insektom, kremy z filtrami. Do przygotowania takiego wyposażenia powoływane są specjalne zespoły. Praca nad tym wyposażeniem zaczyna się od WOMP-ów, w cywilu to takie wojewódzkie stacje sanitarne, a kończy na Wojskowym Instytucie Epidemiologicznym.
A kto, na przykład w Afganistanie czy do niedawna w Iraku, decyduje o tym, że należy podać antybiotyk? Obowiązuje system specjalnych szkoleń, które odbywają się w centrum szkoleniowym w Łodzi. Rocznie szkolimy tam ok. 2,5 tys. osób. Z lekarzami i służbą medyczną kontaktujemy się także poprzez specjalistyczne rozwiązania techniczne – łącza telemedyczne. Pamiętam, jak kontaktowaliśmy się właśnie za pomocą łączy telemedycznych z zespołem w Iraku. Na bieżąco udzielaliśmy wsparcia oraz konsultacji lekarzowi przeprowadzającemu operację. W tej chwili na bieżąco odbywa się tego typu współpraca między Zakładem Medycyny Tropikalnej a placówką w Czadzie. Chodzi o to, by możliwie najwcześniej rozpoznać z kropli krwi rodzaj pierwotniaka, fazy jego rozwoju i w odpowiednim czasie zareagować stosownymi środkami medycznymi. Dobre przygotowanie teoretyczne i wsparcie konsultantów zapewnia dobrą ochronę. Do tego lekarze i zespoły medyczne mogą korzystać z wydawanych przez nas książek i broszur tematycznych, poradników – wszystkie one są profilowane wobec konkretnych miejsc stacjonowania i określonych zagrożeń – od niebezpiecznych zwierząt, jak skorpiony czy węże, po bakterie charakterystyczne dla danego regionu.
Co jest największym zagrożeniem dla żołnierzy podczas misji? Sądzę, że lekceważenie przepisów z zakresu higieny i zachowań sanitarnych. A zagrożenie jest często bardzo wysokie, bo nie znamy wszystkich bakterii, nie wiemy, co może wystąpić w danym miejscu. I często, mimo nawet bardzo dobrego przygotowania teoretycznego, stajemy się bezradni. Chciałbym w tym miejscu podkreślić, że źle się stało, że żołnierze „ustawowo” zostali wrzuceni w system Narodowego Funduszu Zdrowia – lekarze cywilni rzadko przeszkoleni są w zakresie specyficznych zagrożeń bakteriologicznych i często dochodzi do pomyłek. Największym błędem jest złe rozpoznanie, bo od niego zaczyna się leczenie. W tej chwili pracujemy intensywnie nad tym, by powrócić do poprzednich rozwiązań, by zapewnić armii zawodowej lepszą, specjalistyczną ochronę. Chcemy poszerzyć i ulepszyć profilaktykę, nadzór higieniczno-sanitarny poprzez szczepienia, odpowiednie grupy dyspanseryjne…
Co to znaczy? To system nadzoru profilaktyczno-leczniczego w pewnych grupach chorobowych, które najczęściej spotyka się w wojsku. Są one często powiązane ze stanowiskami pracy, to zagadnienie bliskie medycynie pracy. Nie oszukujmy się, w tej chwili technika bojowa idzie tak daleko, że czasem trudno znaleźć nam specjalistów. Teraz nie wystarczy nauczyć kogoś strzelać, sprzęt jest skomplikowany technicznie, bardzo drogi, wymaga fachowej obsługi. Dlatego tym bardziej zależy nam na jak najdłuższym utrzymaniu wyspecjalizowanych żołnierzy w jak najlepszej sprawności, bo o następnych o takich kwalifikacjach nie jest łatwo. Wymaga to, oprócz działań technicznych, wymuszenia na żołnierzach zmian w mentalności, to im najbardziej musi zależeć na własnym zdrowiu, to oni muszą o nie dbać. A często o tym nie pamiętają, wirusów i bakterii nie widać…
Nie bardzo rozumiem. To są bardzo proste sprawy, prozaiczne. Np. banany czy inne owoce, których nie wolno spożywać prosto z drzewa, bez umycia. Bardzo łatwo wtedy o zakażenie, zatrucie, wprowadzenie bakterii do organizmu. Tak samo jest z wodą. Jednym z kanonów jest właśnie dbałość o wodę. Żołnierz musi być sprawny, gotowy do akcji. A Czad, Irak, Afganistan to dla naszych organizmów inny świat. Możemy cieszyć się, że nadzór medyczny nad żołnierzami sprawia, że przypadki chorób są sporadyczne. Właśnie, media informują nas o ofiarach śmiertelnych, a niewiele wiemy o codzienności żołnierzy na misjach, o urazach, skutkach stresu, zachorowaniach itp. Gdzie można dotrzeć do takich danych? To temat na osobną rozmowę, warto skontaktować się tu z szefem lecznictwa. Taką informację można uzyskać w ciągu doby. Generalnie staramy się, by profilaktyka była na jak najwyższym poziomie, stąd np. mamy mniej ofiar tzw. stresu pola walki niż Amerykanie.
Proszę opowiedzieć o stresie pola walki. Mówienie o samym stresie pola walki byłoby pewnym uproszczeniem. Na stres wpływa wiele czynników. Już sam wyjazd, oderwanie się od rodziny, bliskich jest czynnikiem wysoce stresogennym. Dochodzi do tego przebywanie w specyficznych warunkach – pewnego rodzaju odizolowaniu. Kolejna rzecz to rozminięcie się wyobrażeń żołnierzy – wyjeżdżając, myślą często nad tym, co może ich spotkać, jakie będą wobec nich wymagania, a rzeczywistość jest odmienna od tych wyobrażeń, zwykle dużo trudniejsza. Do czynników, które wymieniłem należy dodać sytuacje na froncie, kiedy dochodzi do wymiany ognia. Nawet najlepsze przygotowanie może okazać się niewystarczające. Żołnierz nie jest ani z żelaza, ani z betonu. Oczywiście, na miejscu są odpowiednie zespoły psychologów, psychiatrów, którzy pomagają okiełznać stres, ale nie zawsze jest to wsparcie wystarczające, kiedy np. ginie kolega. Każdy żołnierz wracający do kraju jest badany pod względem urazów psychicznych, system wojskowy zapewnia odpoczynek o charakterze sanatoryjnym. Bardzo niewielu polskich żołnierzy, to przypadki sporadyczne, cierpi na trwałe urazy psychiczne z pola walki. Już np. system amerykański nie zapewnia opieki na takim poziomie, stąd o wiele więcej osób powracających z misji ma duże problemy natury psychicznej.
Kto dba o zdrowie żołnierzy podczas misji i jaki jest klucz doboru takiej kadry? Są to ratownicy medyczni po licencjatach, są ratownicy, którzy potrafią udzielić pierwszej pomocy, są zespoły pielęgniarskie i lekarze, a także psycholodzy. Są zespoły zajmujące się ewakuacją – czy to kraju, czy np. szpitala – w zależności od ciężkości przypadków. Zdarzają się wizyty lekarzy interwencyjnych w krajach objętych misją, prowadzona jest także rotacja medyków, by wyeliminować sytuacje, w których słabo sobie radzimy. Podczas wszystkich działań zbrojnych na miejscu znajdują się zespoły ratownicze, które zabezpieczają żołnierzy. Są w tych grupach ratownicy medyczni, czasem także lekarze, choć wolimy, by ci ostatni znajdowali się w miejscach, w których mają dostęp do oprzyrządowania.
Panie generale, czy to prawda, że do działań podczas misji wysyłani są ratownicy medyczni, którzy przeszli kurs cywilny? To możliwe? Tak, zdarza się tak. Są firmy, które posiadają certyfikaty międzynarodowe, my dążymy do tego, aby i nasi żołnierze posługiwali się takimi certyfikatami. Nasz główny ośrodek szkoleniowy w Łodzi kształci takie służby i są to szkolenia na wysokim poziomie. Oprócz bowiem wykładów i ćwiczeń na fantomach, osoby szkolone mają styczność ze sprzętem oraz wizualizacjami zagrożeń oraz z prawdziwymi sytuacjami podczas praktyk w szpitalach. Prywatne firmy nie zawsze mają takie możliwości. Teoretyczne szkolenia kończą się czasem tak, znam takie przypadki, że sanitariusz ucieka.
A czy to nie powinno być uregulowane? Proszę skomentować proces sanitariuszy z Tomaszowa Mazowieckiego, którzy podczas misji w Iraku odmówili prowadzenia działań ratunkowych, ponieważ nie byli szkoleni do ratownictwa w strefach zagrożenia. To sytuacji skomplikowana, wymyka się jednoznacznej ocenie. W mojej opinii, zrobili to, co do nich należało. Nie wolno zapominać tu o zjawisku stresu pola walki. Wiedząc, że takie sytuacje mogą się zdarzyć, wprowadzamy nowy system szkolenia. Całość kraju podzielona jest na osiem wojskowych regionów leczniczych, gdzie znajdują się wiodące ośrodki medyczne; to takie miejsca, rzekłbym, poligonowe, w których ratownik na co dzień styka się z konkretnymi przypadkami. Prawdą jest jednak rzeczywiście, że dużo zmieniło wtrącenie medycznych służb wojskowych w system NFZ, o czym wspomniałem wcześniej. W tej chwili staramy się powrócić do starych, sprawdzony i lepszych rozwiązań systemowych, powołani zostali w tym celu naczelni specjaliści, którzy w rejonach będą odpowiedzialni za szkolenia z zakresu ratownictwa. Zrobimy wszystko, by poziom i jakość naszych szkoleń był jak najwyższy, prace już trwają. Chcemy np. sprowadzić w te miejsca część wozów bojowych, by ratownicy mieli z nimi styczność, stale współpracujemy ze szpitalami i ośrodkami wojskowymi, gdzie praktykują szkoleni. Teraz największy nacisk chcemy położyć na rozwiązania systemowe. Rezygnujemy nawet z części etatów lekarzy na szczeblu batalionów, ponieważ armia została wyposażona w wozy opancerzone.
Mówi Pan o rosomakach sanitarnych? Czemu one służą? Kiedyś w kompanii był tylko jeden sanitariusz, teraz będzie to czterech, pięciu ludzi. Jeden to kierowca sanitariusz, pozostali zaś – dwóch ratowników po trzyletnich studiach i dwóch sanitariuszy-ratowników. Dlatego tyle osób, by jak najszybciej udzielić pierwszej pomocy i ewakuować z miejsca zdarzenia. Zmierzamy w kierunku modernizacji modelu sił zbrojnych w zakresie służby zdrowia – wymiana na nowe sal opatrunkowych, operacyjnych. Być może opóźni się to jednak ze względu na ograniczenia budżetowe, ale na to nie mamy wpływu. W tym czasie natomiast będziemy na pewno modernizować działania szkoleniowe, jak chociażby telemedycyna. Odbudowujemy powoli wojskową służbę zdrowia, nie może być tak, że żołnierz ma np. przepuklinę, a na zabieg musi czekać kilka miesięcy. To niedopuszczalne. Żołnierz musi wiedzieć, że ma zapewnione maksymalne wsparcie. Rozwiązanie Wojskowej Akademii Medycznej nie było dobrym rozwiązaniem. Nasze systemy szkoleniowe, które działały dobrze, zostały odrzucone, a w zamian narzucono nam system szkolenia cywilnego. Ustawodawca nie wziął pod uwagę specyfiki wojska, np. lekarz będący w trakcie specjalizacji, który wyjeżdża na półroczną misję, nie może kontynuować tej specjalizacji, ponieważ niedopuszczalna jest półroczna przerwa. A to nonsens w warunkach wojskowych, dlatego chcemy wrócić do poprzednich rozwiązań. Ostatnio udało nam się w tej kwestii uzyskać przychylność Ministerstwa Zdrowia. Nie wolno zapominać o specyfice służby w wojsku. Najlepszy przykład pochodzi z Irlandii – kiedy niemal codziennością były wybuchające ładunki. Lekarze cywilni zajmowali się w pierwszej kolejności ofiarami, które najgłośniej krzyczały, a każdy wojskowy lekarz potrafi ocenić, kim najpierw należy się zająć. I, proszę sobie wyobrazić, że na podstawie ogłoszeń prasowych, zgłosili się starsi panowie – kombatanci II wojny światowej, którzy przeszkolili cywilnych lekarzy i teraz takie sytuacje się nie zdarzają. Nie zawsze ten, kto najgłośniej krzyczy, wymaga pomocy w pierwszej kolejności. Kiedyś w wojskowej służbie zdrowia nazywaliśmy to segregacją. Dziękuję za rozmowę Bartosz Reszczyk |