Telewizja
Pracy i Zdrowia
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Złota rączka z powyłamywanymi palcami PDF Drukuj Email
08.02.2010

Ostatnio w radiu usłyszałam dziwną piosenkę. Jej treść, ponieważ była niecenzuralna, nie nadaje się do opublikowania na łamach tego miesięcznika, jednak znaczenie słów użytych w mało subtelny sposób w pełni oddaje to, co coraz częściej czuje ja sama, moi bliscy, znajomi i rodzina w kontaktach z nową usługą, towarem, reklamą.

Mówiąc najprościej, co krok ktoś próbuje mnie w tym kraju naciągnąć, oszukać, wprowadzić w błąd. Marketing bywa doskonalszy niż produkt właściwy, nigdy więcej nie wracam do niektórych miejsc, nie wybieram danych marek, unikam określonych sprzedawców, fachowców, warsztatów. Na szczęście mieszkam w stolicy, więc zawsze mam jakąś alternatywę w poszukiwaniu innego lekarza, spawacza, hydraulika…
 
Zabrzmi to jak ubolewania starej ciotki, ale kiedyś to nawet złodziej miał swoją etykę. Dzisiaj, coraz częściej wielu fachowców „puszcza wielką manianę” bez zmrużenia oka. Czasem to tylko niedbalstwo, a czasem zachowania niezgodne z prawem. Kurczaki faszerowane hormonami, pomidory dojrzewające na akord w oparach spalin samochodowych, pasztet „jak z zająca”, sok „z malin” z aronii. Preparat z żeń szenia bez żeń szenia, kubki na kawę pękające pod wpływem wrzątku, wieszaki na ręczniki, które odpadają od ściany po powieszeniu chusteczki. DVD, które nie odtwarza połowy obiecywanych formatów, instrukcja tłumaczona przez analfabetę z chińskiego na japoński i tak pięć razy, a potem na polski. Nożyczki, które czterolatek łamie w małej dłoni? Książka, która się rozpada po pierwszym przeczytaniu. Proszek, który nie pierze… Jakaś epidemia. W dodatku niektórzy mają jeszcze satysfakcję z tego, że nabili w przysłowiową butelkę innych.

Brak protestu
 Z drugiej jednak strony, tak wielu ludzi godzi się z tym, a nawet wspiera, że aż trudno uwierzyć. Niedawno głośna była afera – stworzono uniwersytet, w którym jedynym kryterium wymagań była wysokość honorarium. Wyraźnie i jasno napisano, że poziom jest niski, wymagania żadne, uczyć się nie trzeba, ale odpowiednia opłata pozwoli na osiągnięcie wymarzonego papierka. To była prowokacja, ale liczba osób, które zgłosiły się na takie studia przerosła najśmielsze oczekiwania twórców tej wyimaginowanej uczelni.
W zaprzyjaźnionym warsztacie niedawno naprawiano kask paralotniarski jednemu z moich znajomych. Zapłacił za niego majątek, głównie dlatego, że był wykonany z carbonu i kevlaru – drogich, wytrzymałych, nowoczesnych materiałów. Kiedy wyjęto wyściółkę można było się przyjrzeć co tak naprawdę jest pod lakierem. Nikt nie mógł uwierzyć. Okazało się, że kask jest wykonany z włókna szklanego, zaś jedyne, co tam było z carbonu i kevlaru to dwie nitki materiału poprowadzone na krzyż prostopadle do siebie. Taka konstrukcja, oczywiście poza dobrym samopoczuciem nieświadomego właściciela, nie dawała żadnej wytrzymałości ani bezpieczeństwa jej użytkownikowi.
Podobnie ma się rzecz z hydraulikiem, który wmawia swojemu klientowi, że inna lokalizacja brodzika „nie wyda”, blacharza, że krzywo pospawane jest złudzeniem „aptecznym” lub krzywo uszyta bluzka to wina nieumiejętnego prania.

Kupujemy rzeczy, które są – a nie powinny być – jednorazowe, ale ich nie reklamujemy. Idziemy na największe w Polsce targi artykułów dziecięcych i nie możemy uwierzyć, patrząc na jedynie kilkunastu obecnych tam wystawców, że tak bardzo daliśmy się nabrać jakimś marketingowcom. W kinie zastanawiamy się, czy to my pomyliliśmy recenzje filmu, który właśnie oglądamy, czy może jakiś krytyk minął się z powołaniem. Ostatnio też spotkałam pracodawcę wielkiej firmy elektrycznej, do którego na rozmowę o pracę na wysokości przy napięciach powyżej 230 voltów przyszedł kompletnie pijany kandydat. Dodam, że nie z urzędu pracy, ale z ogłoszenia w gazecie.
Nie szanują nas też często koncerny i monopoliści. Bo po co? Przyjdą następni, byle tylko „złapać frajera”. A i mali producenci, zdarza się, nie trzymają standardów, mimo że chętnie kupowalibyśmy określony ulubiony serek, krem lub ogórki małosolne, gdyby tylko ich smak lub jakoś zawsze były takie same. Opakowania na żywność to już chyba temat rzeka, projektuje je ktoś, kto chyba żywi się tylko w restauracjach, bo np. aby wydobyć drobno mielony twarożek z opakowania, nie można nie umazać się po łokcie, zaś dostając się do puszki z konserwą, co trzeci raz obowiązkowo trzeba urwać kluczyk do łatwego i szybkiego otwarcia. Ale chyba najlepszą ilustracją opisywanych sytuacji są nadmorskie knajpki – szybko, byle jak, niezdrowo, niesmacznie, bez pomysłu i nieładnie. Z włosem lub muchą w talerzu. I tak przyzwyczajamy się, szkoda nam czasu i wiary, aby interweniować. Czasem tylko człowiek łapie się na tym, że aby był uczciwie potraktowany, musi się na wszystkim znać, być po trosze mechanikiem samochodowym, lekarzem, ogrodnikiem, prawnikiem i kilkoma innymi specjalistami w jednym.

Dawne czasy
 W dzisiejszej rzeczywistości jest mało kultowych rzeczy, takich które znają wszyscy. Nie to co jeszcze 30-40 lat temu, gdy z jednej strony, niczego nie było i wszystko stawało się obiektem pożądania, z drugiej zaś – niektóre z tych przedmiotów dotrwały do dziś w bardzo dobrej formie. Choć oczywiście nie twierdzę, że były doskonałe, tj. pozbawione wad. Znajomi mają jednak dmuchany basen, zabawki i dziecięce ubranka z byłego NRD, które jeszcze dziś – już w drugim pokoleniu – są lepsze i trwalsze niż kupowane teraz. A obecnie większość produktów jest jakby anonimowa i nietrwała, masowa i żadna. Nie opłaci się, nie chce, nie warto wyjść ponad niski standard. A szkoda, bo któż z nas nie pamięta „Bolka i Lolka”, kleju „Distal”, prawdziwej, kwaśnej śmietany, gumy Donald lub resoraków Matchbox. Idąc do hipermarketu, nie mamy szansy nie natrafić na każdym kroku na bylejakość. I nawet, jeśli takie są okrutne prawa ekonomii, tak ciężko przebija się przez to idea fair trade lub handmade, to w sumie żal, że tak rzadko mamy wybór.
 A potem oglądamy w telewizji finał konkursu na najlepsze coś… coś co tak naprawdę jest po prostu zrobione solidnie, uczciwie, odpowiedzialnie i dobrze, czyli tak jak powinno. Zachwycamy się w konkursie na likwidacje barier, że ktoś dostosował budynek do potrzeb osób niepełnosprawnych, w gazecie ze zdziwieniem czytamy, że nowy fragment autostrady nie popękał na mrozie. Z dumą obnosimy się sukcesami Polaków za granicą, tylko dlaczego tak rzadko udaje im się ten sukces osiągnąć właśnie tutaj. Sklepy ze zdrową żywnością stają się popularne, bo ich asortyment jest naturalny, ekologiczny, zrobiony zgodnie z tradycją, a nie z procedurami technologicznymi pozwalającymi z kilograma mięsa zrobić dwa wędliny. I nagle okazuje się, że szynka lub ser może mieć smak, zapach i trwałość, że konfitury z wiśni smakują jak te u babci, jeszcze z czasów naszego dzieciństwa. Słuchamy opowieści o lekarzach, którzy troszczą się o swoich pacjentów oraz potrafią leczyć jak o jakichś super bohaterach. Zgoda! Każda dobrze wykonana praca powinna być doceniana i chwalona, jednocześnie jednak powinna być także standardem, a nie jest.
 
Ilu każdy z nas zna fachowców, których by polecił z pełnym przekonaniem i czystym sumieniem? Jak wiele znamy takich marek i producentów, których wybieramy nie z konieczności, przyzwyczajenia lub braku wyboru, ale ze względu na satysfakcję i zadowolenie, jakie nam dają. Takich, dla których zadamy sobie trud poszukiwania po sklepach lub w Internecie. Bo np. kiedy mówię znajomym, że mam dentystkę, do której jeżdżę 140 km na wizyty, więcej nie muszę nikogo przekonywać, że to doskonały lekarz. Za fryzjerką podążam po kolejnych jej salonach. Sprawdzonemu warsztatowi mechanicznemu wysyłam życzenia świąteczne. Pamiętam o urodzinach weterynarza mojego psa, bo to wyjątkowy specjalista, bo dzięki jego umiejętnościom i zaangażowaniu wiem, że mój pupil jest w dobrych rękach i ja czuje się z tym bezpiecznie. Część takich specjalistów stała się moimi przyjaciółmi lub dobrymi znajomymi, których polecam z sukcesem dalej. Tylko dlaczego tych ludzi jest tak mało?
Czy sami staramy się tworzyć takie wyjątkowe usługi, produkty, towary? Czy z czystym sumieniem możemy powiedzieć, że jesteśmy fachowcem, jakiego warto uczciwie polecić? A może mimo wszystko opłaca się nad tym popracować…

Olga Dyżakowska
prezeska fundacji „wbrew absurdom”
działaczka organizacji pozarządowych

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »


 

W najnowszym numerze


 
cennik_reklam
Mediadaten